Jestem koszykarzem, piłkę wrzucam do kosza.
Jestem siatkarzem, przebiję piłką siatkę na zakupy.
Jestem kolarzem
Wycięli mnie i społeczeństwo składa tak - "posłuszny rottweiler ty".
Jeszcze wczoraj, w sierpniu
Kaukaz oddał swe głazy blond dzikusom
A ja - chory na politykomanią klasyczną, wyzdrowiałem
Bez pigułek, proszków et siteruła
Telewizor wieśniaków(o, bez takich numerów!) zapaliłem,sportową kulturą się zadowoliłem
Odrzucony, bo głośnym wynalazkiem powszechnym sztandarowym fascynowany
Ludzie ci, którzy to kochają w głębi, nienawidzą głośno jak niniejszy wynalazek
Nie boję się.
Ulica, klub, stadion, lotnisko, plaża, łąki pełne ludzi-krów(dygresja dziwna, lecz mała)
Świdruje, świdrują dziury w mózgu
Poprzez nie płynie rzeka groźna
Lecz jej łożysko wśród nas leży
Wyobraźnia, sukces, niwelacja?
Żelazny bęben swym brzmieniem dotyka ścian wydaje się wiecznych wegzystencji kapryśnej jak rozpieszczona przez swego gacha kobieta(tu nie nierówności nieracjonalne!)
Jeden skok setek ludzi, jedna twarz setek ludzi, jeden głos...
Tylko ogólnie zagubiony artysta plecie trzy po trzy filozofie niezrozumiałe dla samych bytów wyższych
Dziś wydrwiony!
W swej głowie widzisz notkę zapisaną atramentem zmywalnym: "Zabić duszą równą duszom duszę filozofa"
A NASZE JUTRO?
Czy odejdzie cicho w karty dziejopisów jak Słowińcy i Galindowie.
Sprawiedliwy świat. Więzienie Pamięci.
W zimnych jak antarktyczna zatoka zamkach
Uspokojeni cudzoziemcy - Rumuni, Węgrzy, Niemcy
Zamkniętych w kokonie swej komputerowej świadomości
Węże cienkie w kark się wgryzają
I egzystencja stracona, choć żyje
Kronikarze-buntownicy spisali po sobie, niczym fortunę z ojca na syna:
"Walka - stop. Wy nieprzyjacielskie sukinsyny - stop. Parasen - teraz."
Śpią - wiecznie?
Czy wiesz, co kłodą było w ich planach?
Ziemia, krew i swe imię.
Lecz dziś wszystko w porządku
Są tam, gdzie nie mogą być.
I stworzą historię, kiedy oczy otworzą.
A.D. 2009
Klawisza dotknąłem, drasnąłem strunę gitary
Serce obumiera, umarły za życia paranoik
Bandaż w opakowaniu "Nadzieja"!?
Bo straconym życiem nazwij to
Wiem, że psychika
Wiem, że inni tak, a jeszcze inni tak
Niby pomoc, niby rada
Ale co ja mam rzec, kiedy pogardą we mnie rzucają
I mieszają w jednym kotle z diabelskim śmiechem
Którego Bogiem zowią
Co z tego, że żal i płacz głaszczą
A to tylko bodziec tej felernej kobiety, co zowią Przyjemnością
Co z tego, że to wiersz, że dba się o oryginalność, że niby poeta
Jak brakuje, to czym zaspokoję?
Amfą, browarem, Relanium?
Nadziejo, może mnie jeszcze kochasz
Jeśli tak, to pomóż mi
Bym wiedział, że chadzasz wyprostowana wśród ludzi,
co stopy się kończą na kolanach.