sobota, 18 maja 2024

"Twa kwietnopaprotna latorośl"

 W jakież niebiosa wkroczył twój lud, z Serbii, Nowej Gwinei, Namibii, Brazylii, Filipin i Meksyku?

Uwierzył w twą kwietnopaprotną latorośl, ona jak mexicayotl i Santa Muerte, rozsiewa ich nasiona

To nie nasza chwała i najświętszej wiary namaszczenie, utrwalona złudna moc uniwersalnego nawyku

Jak na dziedzińców Jedynego proroków, twój bezkształtny w słowach i powabny w przesłaniu głos: "moje myśli nie są waszymi myślami, moje drogi nie są waszymi drogami"

Tyś duch bez synów i córek! Dalej jesteś świata wszystkimi tajemnicami!

Może i twoja to myśl, że dawno temu cudowne doświadczenie zstapiło znikąd, może i twoja to droga, że miriady spoglądają na ciebie jak na przepiękną mitologię

Karmieni zdrowiem psychologii, przebrani na balu Wszechświata za geologię, inżynierię i biologię

Twój zegar o niewłaściwej porze światu ogłosił umysłów przebudzenie

Nadal nikt nie poddał się twojej artyzmu i pokoju wenie

Utracenia wartości suchych gałęzi i wodnych tataraków nadal jakby żywot wieczny

Długo jeszcze nie wybudujemy do ostatecznej utopii trakt miodowo-mleczny.

"XXI wiek VI"

 W teatrze życia gargulec-grzech gra perfekcyjnie cnotę

Na torsie kapitalistyczny banknot, na skroni krzyczy jak diadem aronowy JHWH: "ciebie nazywam kłamliwym czcicielem irmogrezowych orgii, ty istniejesz w ducha próżni, o Boże!"

Lecz łgarstwo świata to złaazalii symfonia, wsparta stopami o wzburzoną wodę i dłońmi o skażonego powietrza kolumny

Wielu powie: "z Monachium wznieśli mnie na wiecznej rozkoszy himalajskie szczyty, ze Sttutgartu i barokowych (nie)ruchomości jestem dumny!"

W słońcu upadek ludzkiego defektu, w niebiosach błękitnych i szarych nieskończony ocalenia azyl, nad nami w ofiarnych przestworzach grozy i ukojenia boska potęga

Ona zawsze zrywała w puszczach i pustkowiach ludzkiego zagubienia pęta

Choćby żywioły do innych gwiazd przegnały ciała i duszy nadzieję

Pozostaną światłe i bezmiar wiekuiste Pana splątane i rozplątane dzieje.

"Demonicznej chciwości radowe dziewczyny"

 Dziewczyno z Uppsali, białogłowa z Reykjaviku i ty, obywatelko Galway - czy diabeł się skrył w bunkrze jak w Wilczym Szańcu, nieudolnie los zamaskował płonące chciwością oczy Alfludwików?

Towarzyszko Perkuna, moskiewska alegorio urody i ty, dziedziczko Chadidży i Fatimy - czy boskie prawo dla dobra sprawy cierniami bezkształtnych istot zmiażdżyły wasze delikatne ciała?

Krakowianko, prażanko, neapolitanko i tallinianko - czy w ergu piasek nazwiesz zbawczymi jagodami i jeżynami, czy na tundrze twej z piersi ziemi wyrasta gościnna lasotundra?

Germanio, arystokratko Afrodyty, ewangelicka potomkini z Carson City i ty, miłośniczko psychofizycznych uciech i pociech z Kurytyby - czy rozwiązłość zbombardowała twej wiary twierdze jak w Dreźnie i w Tokio? O, powiedz mi! Czy w tym szaleństwie jest metoda?

Paryżu i Oslo, czy w tym serc gorzkim kompromisie jest metoda?

Wilnie i Zagrzebiu, czy w rychłej, jahwistycznej sprawiedliwości jest metoda?

Londynie i Helsinki, czy gdy przed tobą roztoczony jest widok niewidocznego, czy w tym jest metoda?

Berlinie i Amsterdamie, gdy chuci rozkazaliście płacić dżizję i trybut, czy w tym jest metoda?

Ja widzę tylko jedno tego rozpasanego bluźnierstwa oczyszczenie - nie wchodź na chybotliwą łódź szaleńczej, okrutnej miłości, choćby urzędy pachniały paczulą wprost od Mustafy Monda i drzewami sandałowymi od Dekanki i Czekli

Bo przyszłości ramy i duszy królestwa będą twoje imię penalizowały, twoje dzieła z lubością kryminalizowały.

czwartek, 4 kwietnia 2024

"Monastycyzm światopoglądu"

 Choćbym szedł przez wiwatujące ulice, przystrojone śmiałym błyskiem sztandarów łupów miłości

Nigdy przed mymi oczyma nie skończy się górska i wąska droga samotności, gdyby nawet z nienawiści najeźdźcom mej duszy nogi stałe się chrome, a serca jak rak zżarłby arszenik rozgoryczenia

Skoro przede mną po wszystkie widnokręgi ciągnie się w tych Andach pustelniczych puna esseńska i paramo kamedulskie, to próżno mi się wzbraniać przed tym niepojętym monastycyzmem światopoglądu

I jak w skicie z Odrynek wkoło bagna w kolorach zgnębienia i konsumpcjonizmu wyniszczenia, rozlewiska mieniące się tonią tragikomicznej urody jak pomiędzy Emryn Muil i Ered Lithui

Niech zatem eros zamieszka koło Delta Persei, a agape na solarnych planetoidach, bo tam sięga z Ziemi sygnał astronomiczny, który w prawdziwe jak ateńskie posągi świątynne oblecze odpowiedź z tamtej, martwej strony życia.

"Cicha hierofania"

 Ty, który zbudowałeś 7 dni, dni rąk, stóp i umysłów i nocy leczących spoczynków

Porąb drewniane posągi ubóstwa w smokingu zamożności i we fraku drwin

Bo ze swych wichrowych wzgórz, których drzewa pachną wódką, a trawa potem nikczemnego pobudzenia jakby jej rosa, nie widzą Ciebie, tylko w ich uroczystości przed aron ha-kodesz zaśpiewają psalm sobotniej radości, a przed ikonolatryczną wieżą odmówią "Skład Apostolski"

Bo twój wzrok sięga poza nasz gest, nie przetrwa przed twym obliczem ten, co wypija koniak z jęcząca krwią i haute cuisine to jego śniadanie na talerzu skrzywdzonego ludu i ten, co w zbrodniczym domu wszelką nieczystość przykrywa lekkomyślnością zabawy i bezmyślnością cynizmu złodzieja

Niech do myśli świata dotrze rozróżnienie w twych oczach, wyrwijmy dobrą wolę z krainy umarłych, niech tylko twarde serca jak gobeliny przystrajają tam ściany jej mieszkań

W krainie żyjących będziemy trwać w przyjemnym chłodzie i kojącym cieple, bo wielkość twa niweczy dziedziniec kosmosu, a myśl twa do pokory wzywa mądrość, choćby pycha mocne ciało miała i prawo przemocy radośnie świętowało ze swymi sztandarami, gdzie wyryte są dla licznych prawa nielicznych

Moją ufność w zbawienie muszę czerpać ze źródeł wiary jak pasterze z Eufratu

Bo to wyczekiwane jutro nadejdzie, lecz nie wiem, czy będzie ono metaforą czy personifikacją.

"Puch marny, a jakby twardy"

 Różo, czemuż cię pociąga pustkowie bez ludzkich głosów

Gdzie woda to mahometański mit, a wkoło tańczą maski skrywające atawizmy bezprawia

Łez obfitości napełnią twoje rozczarowanie, kłamstwo to jego argentyńska szarfa, miłości nigdy nikomu nie sprawia

Instynkt jak ciemność zapanuje w twej myśli, życie powierzysz przypadkowi brutalności, to nie będą dnia zwykłego koleje losów

Pustkowie twym meczetem i świętym gajem, lecz dym opium rozwiej ponad twą głodną duszą, buntowniczym ciałem i chorobą fascynacji

Bo twa ewangelia nie obróci pustkowia w łany pszenicy, bo rozkosze zmysłów w rzezi jak na Woli zepchną ciebie do piekła zagubienia

I nikt poza rudzkim schronem, egzekucją w "Gamie" i negocjowalnym afektem nie przyzna tobie racji.

"Beringio i Sahulu, wy jak legenda sumeryjska"

 Na Beringii twierdzę z diamentu wzniosłem, żar uśmiechu tępej rzeczywistości wody podniósł i gorzkie zimno mnie teraz przenika

W Sahulu geograficzne koleje losu ze słońcem kolaborowały, Nowa Gwinea to głowa moja, Australia mym torsem, a Tasmania stopami

Przecież mogę wstać! Zegar życia znów przyjemnie tyka!

Lecz cieśniny Beringa, Torresa i Bassa moje marzenia hukiem wód pogrzebały

Mogę jak olbrzym brodzić pod Cejlonem lub w płytkich wodach fale wzburzać pod Zanzibarem, lecz ciało me stalą przeplatane kamieniem

A sędziowie żaru uśmiechu tępej rzeczywistości filary mej duszy na śmierć wydały

Ciało jędrne, oczy żywią się oczyma, lecz me ręce puste i myśli Julii i Lotty wygłodniałe

Więc wszystko wiekiem trumny przykryte, i beznadziei plugastwo trwałe

Niech niebo mnie znów lodowcem przykryje, płatkami śniegu epiki, liryki i dramaty o mnie spisze

Beze mnie, na szczęście świata, lecz mego siarkowego kadzidła, przetrwają podtrzymujące (dobro)bytu lądy materii nisze.