sobota, 24 lipca 2021

"Ekshautyzacja poetyckiego organizmu"

 Wiele słońc w mej galaktyce milczącymi pulsarami się stało

Gdy drewno we dwoje i czworo ucieka do swej ofiary, by popioły swe morowe powietrze rozbiło w brzask twórczy

Kolejna eksterioryzacja ekspresji artystycznej pracowniczym represjom poddana

Jak z milczących pulsarów zrodzić muzy z nasienia liryka i łona epiki - te święte aje, Koran innego świata?

W którym pola nad Wartą, lasy nad Wisłą, bulwary nad Odrą to interioryzacja alternatywnego świata

Niech przeminie nurt toksycznego szlamu, by nozdrza poczuły znów smak widoku, którego lśniące kolory usłyszę w pieśni natchnionej natchnieniem.

czwartek, 17 czerwca 2021

"Świętoprzemysłowe gaje II"

 Te święte fabryki, których ramiona hal gromadzą złoto i srebro braminów oraz kszatrijów, które zbierają dżizję śudrów i dalitów

Na nierównomapach w maszynach wyje duch postępu, w faktoriolustrach taneczne kroki swego mechanicznego baletu odmierza ten duch postępu

Po ulicach delikatnie i z głośną dumą płynie szał strumieni echostali, tak, to wszystko odmierza ten duch postępu!

W portale industrialnych świątyń spoglądam z ekonomiczną pokorą, choć za maską renesansowego fresku wielkopłytowy blok, jakich tutaj niezmierzone, ciężkie pola

Niech uderzenie maszyny wykuje ten słoneczny, błogi żar, za którym tęsknią miejskie dżungle!

Niech haniebnego końca nie będzie dla mechanicznej symfonii! 

Tak, ta symfonia to ryk prześladowanych, krzyk uciemiężonych, wołanie do bóstw, co nadzieją udręczonych jest ich rajska eschatologia

Lecz i ta symfonia to lew i krowa, co ze sobą razem się pasą, to przepowiednia, która ziści jedność i przymierze, nie wygna w zimny kosmos Gaję i Artemidę

To moja religia, której słów i czynów nie zgasi żaden iluzji narkotyk, żadna zła powódź, która rozmnaża spustoszenie

To nasze religie, które słońce jedno rozsieją w wiele.

"Cząstki nadczucia"

 Wszystkie me wiary to zdradliwe puszcze, które pokrywają lądy i morza Ziemi

Czyż one mogą być spokojnymi, szumiącymi i życzliwymi dąbrowami, pachnącymi borami sosnowymi, których świateł nadprzyrodzone dłonie mnie prowadzą?

A ja niczym maleńkie wróble, wojownicze jastrzębie płynę lekko nad ziemią, bo jej darem tylko twardy, bezlitosny grunt, gdzie nigdy nie schronię się przed żywiołami Arymana

Wciąż nie mogę z nadczucia cząstek uformować tego anielskiego, ognistego miecza, co miasta życia obroni, co widoki z gór dusz ochroni

Jeśli uczone księgi to prawo niezbywalne, jeśli obliczenia i nasza przejrzystość to święci budowniczowie, co składają ze swoich cyfr, słów i symboli teraźniejszość, niechaj utonę w labiryncie tych zdradliwych puszcz, co pokrywają lądy i morza Ziemi.

"Naturalna euforia umysłu"

 Boskich niebios słowem i obiatą sięgamy, boskie niebiosa poprzez władzę medytacji smakujemy

A czyż to tylko nie jest naturalna euforia umysłu, której spokojny uśmiech jest ludzkim, realnym bogiem dla nas wszystkich?

"Kakofonia"

Czyż dziecka myśl jasnoprostą zbawi ten Chrystus dawnych czasów, czy jego egzystencja egzystuje w tym świecie, czy kręte drogi nasze oblicza zawsze zasmucały?

Czy zły duch, ze świata wilkołaków i wampirów, gniazdo jak ptaki uwił pod naszym niebem, stracony los dziecka w jego zimnokrwistej, bestialskiej dłoni?

Czy ekran jak piekło, czy klawisz jak dusz próżna przestrzeń niczym zagłady ryczące machiny pod gilotynę elektronicznego mordercy, na stos cybernetycznej eksterminacji poprowadzi puste od pożaru uczuć te wszystkie najpiękniejsze dzieci?

Czy to ten czas futurystyczny wielbiony przeze mnie w autoryku, kolejopuku, stalofabrykach, aparatozakładach, był jaskrawym marzeniem, przedsionkiem nowej, szlachetnej ery, która umarła, której potomstwem jest nowoczesny koszmar?

Niech ta wieczna bogów myśl jasnoprosta swym światłem mi list napisze, czy Chrystus dawnych czasów, Budda historycznej młodości umarli, czy dzisiejsze dni wyrok nieustannej, bolesnej śmierci na nas wszystkich wydały.

niedziela, 2 maja 2021

"XXI wiek IV"

 Dziecka oczy zapisały obrazy krwi, radośnie płyną poprzez oceaniczne, piwno-wódczane przestworza

Dziecka usta zapisały słowa cięte i kłute, narzucą oni na siebie togi patrycjuszów w swych gettach

Lecz pytają się moje wszystkie drogi, pytają się wielkich tego wieku:

"Czy dziecko utonie w elektronicznym bagnie, Holokaust tego wieku z werwą rozpoczęty?"

"Czy bagna ulic i nałogów nie pożerały dzieci, kiedy Sycylia i Kampania podeszły pod nasze bramy, kiedy prolczerwień w predestynacji swej nie kreowała punktów naszego życia?"

"Czy ten dzisiejszy, dziecięcy los, wywiedziony z ulic, zbudowany w domu, nie pokazuje nam lepszego złota?"

Czas najlepszy nigdy nie jest czasem dziecięcym, lecz pamiętaj, teraźniejszości, że kiedyś w tobie więcej wznosiło się nad masami żelaznych i drewnianych budowli

Taki raj jak drwiny pomniki wznieśliśmy na swoich placach zwycięstwa - nasze słońce, które jest tylko kruchą świecą

A czyż krzyk ich rozszarpanych przez nas wiek umysłów, lament poddaństwa wrażliwych musi znieść szczerozłoty, prosty i przyjazny uśmiech dziecka?

"Dwunastowers marzyciela"

 Świata ciemne chmury do więzienia bez czasoprzestrzeni zesłały te słońca triumfu

Te deszcze jak siarczysty mróz, co te ciemne chmury połaciom ziemi otworzyły

Czyż te długie, mroźne krople zamarzają w mym świętym gaju i jego drzewa rozsadzają w swoim wojennym wyroku, sądnej pożodze?

Może za kurtyną grobów ukryta ta rzeczywistość, do której sanktuarium pielgrzymuję od czasu pierwszej świadomości

Może za kurtyną czystych i prawidłowych myśli, gdzie nieprzemijające antidotum jasnej zimy, ukryta ta idea we mnie nieskończona, ta idea w objęciach chwały, co jest dostępną naszym zmysłom Akropolem, gdzie złotosennym słowem i czynem się odziewamy

Lecz zawsze oczami ciała widzę jedno: ogień, co stapia swym lodem uzdrowienia radosnego pola, lód, który wypala słoneczne lasy, gdzie nasze osady wzniosłych rozkoszy

Lecz zawsze oczami wnętrza widzę jedno: wiara, co pocieszycielką tej mojej słodkiej nadziei jest, swą misję zawsze głośno rozbija o bruk życia, z rozbitej tej misji znów ułożone pokrzepiające słowa

Egzystencjo! Nieskończona twa świątynia, nieskończone twe nabożeństwa!

A ja w woli kapryśnej w tej modlitwie trwam, żertwa oczyszczająco płynie dymami ku sklepieniu, a w tych dymach mój duch nakazuje szacunek memu sercu, respekt dożywotni tej krwi, co mnie niesie

Bo każdy czas zawsze swój koniec zaznaczy, koniec każdej naszej wojence i namiętności jak dzwonem obwieści

A stanę się kamieniem nagrobnym, kiedy już nic nie będę wiedział

A jednym jedynym stanę się z tą najurodziwszą rozkoszą, kiedy zostanie zamknięte me świadectwo – moc mojej wyobraźni, co za ogrodami raju zawsze tęskniła, siła mojej imaginacji, która za marzeń pocałunkami zawsze goniła.